Loading...

Rowerem z Krakowa na Hel

Nie wiem jak wpadłem na ten pomysł. Podpowiedziała mi go Hania albo przyszedł mi do głowy z nudów jeszcze na Islandii. Właściwie gdzieś w głowie siedział mi zawsze. Lubie stawiać sobie wyzwania, najchętniej związane z wysiłkiem fizycznym. Rowerowe wyprawy znam tylko z książek Piotrka Strzeżysza i blogów o tej tematyce, które zawsze przykuwały moją uwagę. Rower lubię – dobrze jest wyskoczyć raz na jakiś czas w podkrakowskie dolinki, albo przejechać się do Tyńca. Przeważnie jednak jeżdżę po mieście, bo w zatłoczonym Krakowie to najlepszy środek transportu. I to byłoby chyba na tyle. Więc można powiedzieć, że jeżdżę rekreacyjnie, jak większość z nas.

Rowerem z Krakowa na Hel

Dlaczego Hel? Zawsze kojarzył mi się z końcem Polski, mam sentyment do tego miejsca. Jeździłem tam jako dzieciak i w głowie zawsze jest na pierwszym miejscu z nadmorskich miejscowości. Nie dlatego, że jest najlepszy. Tak po prostu poukładało mi się kiedyś w głowie i tyle.

Jest myśl, jest cel i co dalej?

Czas wszystko zaplanować. Nie jestem w tym dobry. Zawsze zajmuje się tym Hania. Ja chyba jestem na to za leniwy i u mnie zawsze „jakoś to będzie”. Tylko przydało by się mieć jakąś trasę, żeby nagle nie znaleźć się na autostradzie. Tu połowę roboty odwalili za mnie chłopaki z www.zielona7.pl. Wytyczyli oni bardzo fajną trasę łączącą Warszawę z Gdańskiem. Wystarczyło tylko wydrukować, albo wrzucić w GPSa i jest. Tutaj należą im się gratulacje, bo odwalili kawał dobrej roboty. Do Warszawy chciałem dojechać jak najszybciej, omijając główną drogę, ale bardzo nie nadrabiając kilometrów. Szybki rzut oka w GoogleMaps i wszystko było jasne.

Okazało się, że znajomemu z którym miałem jechać nie bardzo pasował termin. Zdecydowałem, że jadę sam. Nie wiem czy to źle, czy dobrze. W towarzystwie zawsze raźniej, ale z drugiej strony lubię czasem wyskoczyć gdzieś sam. Oczywiście liczę się wtedy z tym, że wszyscy martwią się dziesięć razy bardziej. No, ale chyba zdążyłem ich już do tego przyzwyczaić.

Czas się przygotować…

Powinienem teraz napisać, że zacząłem dużo jeździć na rowerze i trenować na dłuższych dystansach. Powinienem, ale nie będę was oszukiwał. Jeździłem jeszcze mniej. Sezon motocyklowy w pełni, a w garażu stoi nowa maszyna. Do tego jakaś chwilowa praca i nie za bardzo było kiedy. Oczywiście nie wymiguję się od sportu i staram się trzymać formę, więc kondycja zawsze jaka taka jest.

Rower. Z tym akurat nie było problemu. Po paru latach rozstałem się z moją przywróconą do życia złomową kolarzówką (tak, właśnie taką jakie teraz są modne) i złożyłem sobie całkiem sensowny rower. Nie ma się co oszukiwać. Dobry rower to podstawa. Nie wyobrażam sobie pojechać gdzieś dalej na chińskim rowerze z supermarketu. Wiem, że się da, ale czy ma to sens? Jako, że rower poskładałem sobie sam, to o awarie się nie bałem. W razie czego potrafię wszystko poskładać do kupy. I tu następna moja rada. Warto ogarnąć sobie przed wyjazdem co jak w rowerze działa i jak to naprawić. Nie jest tego dużo, bo rower to proste urządzenie, a taka wiedza może uratować nam tyłek.

Sakwy. Nie miałem się nad czym zastanawiać. Kupiłem sakwy Crosso z jednego prostego powodu. Pasują na rower i po kilku przeróbkach też na motocykl. Nie dość, że mam dwa w jednym to jeszcze opinie o nich są bardzo pozytywne. Nie rozczarowałem się.

Ubranie. Wiadomo, jeździć można we wszystkim, ale nie we wszystkim jest wygodnie. Najważniejsze są spodenki. Siedzimy na małym twardym siodełku przez parę godzin dziennie, to boli. Boli i na początku będzie bolało niezależnie co będziemy robić i jakie pozycje znane tylko najlepszym joginom będziemy przyjmować. Spodenki z wkładką zdecydowanie poprawią nasz komfort. Reszta, według mnie, to kwestia osobista i każdy wie w jakiej koszulce czy kurtce przeciwdeszczowej mu wygodnie. Tak samo nie namawiam do kasku. Ja używam zawsze i według mnie powinien być obowiązkowy przy jeździe po ulicy. Jednak nie mi to oceniać.

No to w drogę!

Deszcz. To właśnie on przywitał mnie rano. Zabrałem wodę, portfel, telefon i zszedłem do garażu po rower. Pogody się nie wybiera, więc nie warto się na nią denerwować. Parę kilometrów i już przyzwyczaiłem się do jazdy z sakwami. Deszcz nie ustawał. Postanowiłem wpaść na kawę i ciastko do Hani bo akurat miałem po drodze. Chętnie zostałbym na dłużej, ale przede mną jakieś 140 km do Sielpi gdzie miałem zostać na noc. 150 km. Tyle założyłem sobie pierwszego dnia. Oczywiście, że nie dałem rady. Podkrakowskie góreczki bardzo mi w tym pomogły. Zatrzymałem się w Małogoszczy, gdzie Hania znalazła mi nocleg w czeluściach internetu. I chociaż do Sielpi nie dojechałem, to osiągnąłem swój mały sukces. Pierwszy raz przejechałem magiczne 100 km jednego dnia. Dokładnie to 116 km.

rowerem na hel

W dwa dni miałem dojechać do Warszawy. Już wiedziałem, że nie ma szans. Drugiego dnia dojechałem do Nowego Miasta nad Pilicą. Świetne miejsce. Rzeka, kajaki, dużo zieleni. Tylko pokoi brak. Na szczęście znalazłem nocleg w przyczepie campingowej stojącej na podwórku wypożyczalni kajaków. Kolejny dzień i kolejna setka. Plan uległ zmianie, ale nie jest źle.

Dzień trzeci to dzień odwiedzin. Podjechałem po drodze do rodziny, która mieszka pod Warszawą. Później odwiedziłem drugą rodzinę u której zostałem na noc. Byłem w Warszawie! Czyli najgorszy odcinek za mną. Według mnie…

rowerem na hel

Niestety przedarcie się przez Warszawę pod Stadion Narodowy gdzie początek ma zielona7 okazało się nie lada wyzwaniem. GPS kierował mnie śladem ściągniętym z ich strony, a mnie powoli dopadał kryzys. Brak sił i ból wszystkiego, a jestem dopiero 10 km za Warszawą… Wiedziałem, że ten moment kiedyś nadejdzie i wiedziałem, że mimo wszystko trzeba jechać dalej. W Nowym Dworze Mazowieckim na duchu podniosła mnie przeprawa przez piękny most nad Wisłą. W końcu jest! Sochocin. Jakoś wymęczyłem te 70 km.

Wstałem rano z myślą, że to będzie najcięższy dzień. Miałem dojechać pod Grunwald, czyli jakieś 130 km. Jechało się świetnie. Łąki, lasy. Wszędzie pełno bocianów i praktycznie zerowy ruch. Okazało się, że trafiłem idealnie w coroczne obchody bitwy pod Grunwaldem. Z jednej strony super, z drugiej nie było gdzie spać. Na szczęście udało mi się znaleźć pole namiotowe w Dąbrównie (ok 10 km od Grunwaldu). Następnego dnia miałem zrobić też ponad 100 km, jednak zmieniłem plany. Nie mogłem odpuścić inscenizacji na polach Grunwaldu.

rowerem na hel

rowerem na hel

rowerem na hel

rowerem na hel

Nie spieszyło mi się, więc postanowiłem następnego dnia dojechać tylko do Ostródy, a większość dnia spędzić w średniowiecznym obozie. Rycerze, turyści, konie, stoiska z rękodziełem gdzie wystawiają się płatnerze i kowale, a między tym wszystkim wata cukrowa, piwo i zapiekanki. Czekając na bitwę szwendałem się po stoiskach na których kowale wystawiali swoje prace. Uwielbiam noże, mam nawet małą kolekcję więc nie mogłem sobie odpuścić. Mimo nie za dużego budżetu wyskrobałem co nieco z portfela i tak moja kolekcja powiększyła się o kolejny nóż. Nie dość, że ładny to jeszcze mam pamiątkę z wyjazdu. Trafiłem również na turniej rycerski chłopaków do 18 roku życia. Może nie słychać szczęku stali i nie leje się krew, ale emocje gwarantowane.

rowerem na hel

rowerem na hel

rowerem na hel

rowerem na hel

rowerem na hel

rowerem na hel

W końcu nadszedł czas bitwy. Lunęło deszczem na 5 minut i znowu wyszło palące słońce. Rycerze zbierali się na swoich miejscach. 30 stopni plus metalowa zbroja ważąca 35 kg to nie najlepsze połączenie. Panie podające wodę miały pełne ręce roboty. Wjechał Król Jagiełło, Dżalal ad-Din i Ulrich von Jungingen. Narrator świetnie wprowadził do bitwy i zaczęło się. Dwa nagie miecze, utrata i odzyskanie Wielkiej Chorągwi Ziemi Krakowskiej, upadek z konia oraz śmierć Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego. Niesamowite widowisko, które każdy powinien zobaczyć chociaż raz.

Jadąc w stronę Ostródy spotkałem Pana Waldka i Włodka (72 lata i 56 lat) do których się przyłączyłem. Okazało się, że jadą do Gdyni i postanowiłem jechać z nimi. Właściwie to częściej za nimi bo tępo mieli niewspółmierne do wieku. Pan Waldek był trenerem kolarstwa, a Włodek jego znajomym, którego zaraził rowerami. Może nie jechali zawrotnym tempem, ale nie ważne, czy pod górkę, czy po płaskim było zawsze równe. Pan Waldek od razu zauważył, że mam za wysoko siodełko. Podpowiedział parę kolarskich triczków i następnego dnia to ja prowadziłem pod górki. Właściwie dobrze, że ich spotkałem. Było z kim pogadać i jakoś raźniej się jechało. Dodatkowo na 3 osoby noclegi wychodziły dużo taniej.

rowerem na hel

Z Ostródy następnego dnia dojechaliśmy do Elbląga. Kolejny dzień to już ostatni odcinek zielonej7 prowadzący do Gdańska. Po drodze czekała nas przeprawa promem przez przekop Wisły w Mikoszewie, oraz most pontonowy w Sobieszewie. Myśleliśmy, że przejazd przez Trójmiasto będzie ciężki. Jednak infrastruktura rowerowa stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nic tylko pozazdrościć. Dotarliśmy do Gdyni, gdzie zatrzymaliśmy się w schronisku młodzieżowym. Widok morza dodał mi nowej energii przed ostatnim dniem.

rowerem na hel

rowerem na hel

Ostatni dzień to przecudowny szlak R10 prowadzący nas przez Rezerwat przyrody Beka. Jest to miejsce występowania bardzo rzadkich gatunków ptaków oraz roślin. Rezerwat powstał w okolicach pochłoniętej przez morze miejscowości Beka, której pozostałościami są kamienne fundamenty i krzyż na brzegu Zatoki Puckiej. W tak pięknych okolicznościach kilometry nabijały się same i dotarliśmy do Władysławowa. Tam musiałem się pożegnać z moimi towarzyszami podróży. Przede mną została ostatnia prosta, czyli 36 km Mierzei Helskiej. I wreszcie jest. Hel. Cel osiągnięty!

Podsumowanie

rowerem na hel

Dojechałem rowerem z Krakowa na Hel czyli 816 km w 9 dni to chyba nie najgorszy wynik. Nabrałem trochę pokory co do rowerowych wypraw. Jest to nie tyle męczące co bolesne. Teraz książki Piotra Strzeżysza i blogi o których wspominałem wcześniej powinienem przeczytać po raz kolejny. Zdecydowanie niżej chylę teraz czoła przed rowerowymi podróżnikami. Jednak nie jestem pewien, czy sam chciał bym to robić na taką skalę. Może miałem trochę złe podejście. Nie traktowałem tego jak podróż, bardziej jak wyzwanie. Jako udowodnienie sobie, że dam radę. Oczywiście z roweru nie zrezygnuję, częściej postaram się wyrywać na dłuższe wycieczki. Co jak co, ale moim zdaniem rower jest jednym z lepszych sposobów na spędzanie aktywnie czasu. Jeżeli dobrnąłeś tutaj i zastanawiałeś/aś się czy dała byś radę to odpowiedź jest prosta. TAK! Dłużej, krócej, ale zdecydowanie TAK. Wystarczy tylko troszkę motywacji 😉

Wpisy, które mogą cię zainteresować:

Komentarze do wpisu “Rowerem z Krakowa na Hel

  1. kolestravel napisał(a):

    Znam ten ból a raczej wyczerpanie po tak długiej jeździe rowerem. W 1999 od sierpnia do października przejechałem sobie ok. 1800km, ale głównie niedaleko od domu – takie 100-140 kilometrowe wypady krajoznawcze, czy nad jeziora. Mój rekord dzienny to 202km! – z Poznania do Biskupina i z powrotem. Ale teraz, gdy tak mocno wzrósł ruch samochodowy i liczba wypadków z udziałem też rowerzystów – chyba bym się nie odważył.

    1. Michał napisał(a):

      200 km jednego dnia jeszcze przede mną 😉 Z tym ruchem samochodowym nie jest tak źle. 90% samochodów wybiera drogi szybkiego ruchu, autostrady itp. Wystarczy tyko rozplanować trasę bocznymi drogami i nie ma się co bać.

  2. Pola (Jetting Around) napisał(a):

    SZACUNEK! Chetnie bym taka trase pokonala na… motocyklu. 🙂

    1. Michał napisał(a):

      Na motocykl to za krótka 😛

      1. Felicity napisał(a):

        A propos motocykli w Chorwacji spotkałam motocyklistów z Polski i słyszałam, że jeden do drugiego mówi, że mu się nie chce już (było mega gorrrrąco)…a ja z koleżankami na rowerze jakaś stóweczka jeszcze przed nami…w upale…wzniesieniami…ale..chciało mi się

  3. Nadia vs. the World napisał(a):

    Fajnie jest się tak czasem sprawdzić. Obecnie jestem w podróży dookoła świata i tęsknie za moimi rowerowymi wyprawami. Zatrzymałam się na dłużej w Australii i być może znajdę tu jakąś dłuuugą ścieżkę na kilkaset kilometrów. To by by było coś.
    Tobie gratuluję i przyznaję, że takie wycieczki uczą pokory 🙂

  4. Tomek napisał(a):

    Podziw i szacun za taki wyczyn! Ja po zrobieniu 40 km rowerem jednego dnia umieram, a tu proszę. Można przejechać Polskę w kilka dni ;).

  5. Australove napisał(a):

    Podziwiam wszystkie osoby, które wybierają się w podróż rowerem! Chyba najwyższy czas, aby moja zakurzona kolarzówka ujrzała światło dzienne! 🙂

    1. Michał napisał(a):

      Jak najbardziej! Niech też ma coś od życia 😀

  6. Darek napisał(a):

    Po drugim zdjęciu myślałem, że jechałeś z przyczepą! Po dojechaniu na Hel miałbyś nogi jak kulturysta 🙂

    1. Michał napisał(a):

      Hmmm kolejne wyzwanie? hahaha:D

  7. Ewa | Daleko niedaleko napisał(a):

    Też bym sobie tej inscenizacji nie odpuściła! Fajnie, że zostałeś, bo świetne zdjęcia wyszły 🙂

    1. Michał napisał(a):

      Dzięki 😉 Zdecydowanie było warto zostać.

  8. roweroWAWA napisał(a):

    Fajny opis, ciekawa wyprawa, czekam na kolejne!
    Mój rekord to 324 km w < 24 godziny, Warszawa-Tczew 🙂
    Dało radę, ale zmęczone miałem właściwie wszystko. A bolące – nic! 🙂

    1. Michał napisał(a):

      No to gratulacje! Wynik powalający…

    2. Felicity napisał(a):

      ..a mnie przy 365 ani nic nie bolało, ani nie byłam zmęczona, ale..w pewnym momencie ŚPIĄCA (natury nie oszukasz…tak mówiłam jak jeździłam po Bałkanach..była pod górę będzie i z i na odwrót…)…ale potem już w pociągu, bo tak wracałam spotkałam tak fajnych bikerów, że nie poszłam spać po 40h (bo jeszcze czekałam na ten pociąg…) i oni myśleli, że ja jestem „po kreseczce”…Btw, to była wycieczka do Warszawy…http://nakreconakreceniem.blogspot.com/2015/09/krakow-warszawa-na-raz-365-km.html pozdrawiam z Krakowa

  9. etylina napisał(a):

    Polecam z Świnoujścia do Ustrzyk Dolnych. Jechałem fajna trasa mili ludzie… Limit jest co prawda 68h ale spokojnie da się wyrobić.

  10. Felicity napisał(a):

    Też jechałam, ale troszkę inną trasą (nie planowałam ja jechałam..i przez to, że nie planowałam ja jechałam z plecakiem..w strasznym upale..). Oprócz paru problemów z noclegiem, że lądowałam sama późno gdzieś na ryneczku czegoś małego albo jechałam w mgle gdzie nie było nic (takie hardkorowe smaczki..) to wspominam mega chilloutowo wyprawę na Hel. Do Gdańska (bo to była destynacja) – 5 noclegów. Następny dzień to wycieczka na Hel, czyli wychodzi 6. Jak wyłoniłam się z mgły o wschodzie słońca przy tabliczce Gdańsk to przeszły ciary, choć właśnie oprócz ostatniego odcinka 236 km w hardkorowych warunkach całość była superluzacka i nie odczułam tego totalnie męcząco, ale za to mam wrażenie, że dużo miast zwiedziłam. Tak, że rower jest najlepszym środkiem do zwiedzania/aktywnego wypoczynku i w ogóle!

  11. gizmo48 napisał(a):

    Może nie przejechałem jednym skokiem takich powalających odcinków,max 180 km. Lublin-Warszawka w ciągu 12 godz./ ale trasa Zebrzydowice-Chorwacja/Rażanac-Zadar/1000 km w ciągu 8 dni to taż nie najgorszy wyczyn/ja 67 ,syn 25/.Po drodze upadek na torach kolejowych, skrzywiona obręcz,wizyta w rowie z wyczerpania i odwodnienia, nie zniechęcił mnie, i w tym roku planuję wyprawę też ok.1000 km./ Niemcy,pod holenderską granicę / Pozdrawiam wszystkich cyklistów gizmo48

  12. RowerowyRadek napisał(a):

    Gratulacje. świetna wyprawa, Mój rekord to Bogatynia->Świnoujście 2 lata temu, z namiotami w zeszłym roku Świnoujście->Gdańsk, i tak sobie z żonka wymyśliliśmy że zrobimy Polskę dookoła, w tym roku na początku lipca lecimy wschód, a 15 maja ruszamy stolice województw. chcemy zrobić Kielce->Kraków->Katowice->Opole->Wrocław->Poznań->Bydgoszcz->Toruń wychodzi około 800 km. ale ta trasę z noclegami w agro, na namiocik za chłodno 🙂

  13. Szymon | Znajkraj napisał(a):

    Haniu, Michale,

    gratulujemy zajęcia wysokiego miejsca w rankingu polskich wpisów podróżniczych 2015 roku! 🙂

    Zestawienie, zorganizowane przez nas po raz drugi, wyróżnia najciekawsze, najpopularniejsze wpisy z polskich blogów podróżnicznych w 2015 roku. Cały ranking dostępny jest na stronie:

    http://www.national-geographic.pl/blogi/kierunki/top-40-polskich-wpisow-podrozniczych-2015-roku

    Pozdrawiamy 🙂

    Agnieszka & Szymon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.